• Wpisów:254
  • Średnio co: 7 dni
  • Ostatni wpis:1 rok temu, 16:44
  • Licznik odwiedzin:28 303 / 2033 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Codziennie mam wrażenie, że Ona przecież za chwilę wróci. Codziennie. Od dwóch miesięcy. Że to tylko takie chwilowe, może jest w pracy i napisze wieczorem. Cisza. To może rano? Dalej nic. Codzienne czynności i Ona "obok mnie". Myślenie o tym, co by zrobiła, co powiedziała w danym momencie to już norma, nie przyłapuję się już tak nawet na tym. Wyobrażam sobie, że tu jest. Czuję się bez Niej pusta, nic nie ma już sensu.
Czekanie jest złem. Niewiedza jest złem. Zwłaszcza, gdy sie kocha.
Zwariuje.
 

 
Gdybym miała postawić sobie diagnozę, po przeczytaniu tych wszystkich bardziej lub mniej mądrych książek i przejrzeniu specjalistycznych testów psychologicznych obstawiałabym depresję. Ciężką depresję. Albo osobowość bordeline. Co w sumie się łączy. A za czym przemawia mój cholerny strach przed odrzuceniem, porzuceniem, przy jednoczesnej wielkiej potrzebie bliskości. Dlatego zawsze wszystko niszczę, bo w "akcie ochronnym" wystawiam kolce i zadaję rany, nie pozwalając jak dotąd, by ktoś, kto być może naruszył już moją skorupę, przebił się przez nią do końca.
Boję się być taka odsłonięta. Stanąć przed taką osobą w całej swej nieidealności, to strach przed bronią jaką owa osoba by posiadła. Przed tym jak nieodwracalnie może mnie już zniszczyć, doszczętnie. Tak, że nie będzie co zbierać.
Jasne, istnieje jakieś prawdopodobieństwo, niewielki promyczek nadziei we mnie, że ta osoba mogłaby mnie również niejako "uleczyć", ale strach jest za duży. Wszechogarniający. Boję się otwierać. Nie umiem się otwierać.
  • awatar Nie waż się odchodzić ! :): rozumiem Cię doskonale, kiedyś przez to przechodziłam; jeśli masz Wielkiego Lekarza, wtedy odważniej próbujesz, bo wiesz, że jest ktoś, kto leczy i obwiązuje rany, w razie gdyby jakaś strzała trafiła... i nie raz trafiała. Jednak życie z otwartym sercem jest dużo piękniejsze, warto ryzykować :) nawet jeśli potem czasem trzeba się leczyć :) uparawiasz pewnie jakiś sport - każdy sport obarczony jest ryzykiem urazu lub kontuzji - jednak daje tyle wrażeń, że jednak podejmujesz to ryzyko... niektórzy ryzykują nie tylko zdrowie, ale i nawet życie w sportach wyczynowych, ekstremalnych
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
czy załamujący się głos, gdy poruszamy pewne tematy i problemy z wypowiadaniem słów świadczy o istocie wagi tych kwestii?

"
-Można kochać i nie być z tym kimś. Wystarczy, że uczucie nie jest odwzajemnione albo że ta druga strona nie jest wolna.
-I można być wiernym takiej osobie przez dłuższy czas?
-Jeżeli to ta jedyna, to chyba warto czekać, prawda?
-Czyli nie jest pan sam?
-Nie w sercu."

dokładnie tak czuje.. jakbym nie była sama.. nie w sercu..
a to wszystko tak boli..
a jej tak bardzo brak..
 

 
Chciałam pisać, a jednak chyba obawiam się spróbować zatrzymać myśli i poukładać je. Analizować. Skupiać się na nich. Są bolesne. To dlatego.
Nie chcę zrozumieć niektórych prawd. Paradoksalnie czasem lepiej żyć w niewiedzy. Ale już oszukiwanie siebie jest złe. Mówią, że czasem trzeba, że trzeba się zmusić.. Ale to chyba zależy od człowieka. Bo jeden w to uwierzy i naprawdę poczuje się dobrze i poprawi się wszystko, a inny spróbuje wierzyć, a następnie dozna jakiegoś zderzenia ze ścianą o napisie „RZECZYWISTOŚĆ” i wtedy jest problem i pytanie co dalej, bo przecież tylko pozornie było dobrze, a teraz znów jest gorzej niż było. Do tego nie można być wrażliwym artystą z poszarpaną na strzępy duszą. Jak ja...
 

 
Cisza.
To ją najtrudniej zinterpretować.
To ona potrafi przynieść więcej bólu niż niektóre słowa.
To próba jej interpretacji doprowadza nas do obłędu.. Na skraj załamania..
Nie milcz mi prosto w serce.
Proszę..
 

 
próby pomocy samej sobie mogą nieść ryzyko. posiadanie w pobliżu takich leków i w takich ilościach może nieść ryzyko.
chciałabym zasnąć.. na długo.. na zawsze..
 

 
być może to paradoksalne, ale posiadając tak zwaną "pełną rodzinę" cierpię na chorobę sierocą..
każdy z nas, już od pierwszych chwil życia, ma w sobie pokłady poczucia bliskości. od pierwszych chwil to właśnie rodzice powinni zapewniać nam jakieś poczucie bezpieczeństwa. a co kiedy się tak nie dzieje?
odbija się to na naszej psychice.
choroba sieroca. to wbrew pozorom nie tylko zaburzenie dzieci z domów dziecka, mogą na nią cierpieć i osoby żyjące w swoich biologicznych rodzinach, jednak takich, w których występuje deficyt prawidłowych relacji z rodzicami.
jak czytam w mądrych książkach, powoduje ona nieodwracalne zmiany w człowieku aż do końca jego życia.
do wystąpienia choroby przyczynia się brak chęci nawiązania emocjonalnej więzi z dzieckiem, bark okazywania mu bliskości, czułości, brak przytulenia, dotyku, a nawet uśmiechu.
w chorobie wyodrębniono trzy fazy: protestu, rozpaczy i zobojętnienia.
każdą mogłabym opisać na własnym przypadku...
takie coś psuje człowiekowi późniejsze relacje z innymi. bo się uporczywie pragnie bliskości, obecności, a jednocześnie żyje się w strachu, że sie to wszystko zaraz utraci, że się na nic takiego nie zasługuje..
trudno sobie radzić samemu z tyloma rzeczami...
 

 
miarowy stukot klawiszy
nerwowe uderzanie
wyrzucanie z siebie słów z prędkością wiatru
stukanie
pukanie
płakanie...
 

 
podświadomość to bardzo ciekawe zagadnienie. nurtuje mnie od pewnego czasu, dlaczego wybieramy, kojarzymy właśnie tak a nie inaczej. podświadomość podpowiada nam w różnych dziedzinach życia i ogółem ciężko ją objąć rozumem.
są nawet testy pozwalające sprawdzić "co mówi ci twoja podświadomość". moja mówi mi "daleko, byle dalej od domu"
i faktycznie w tym coś jest...

jest też we mnie jakaś niewielka chęć skorzystania z profesjonalnej pomocy.. mimo strachu i całej reszty. chciałabym trochę pozmieniać.. a z drugiej strony nie.
może te antydepresanty na czekającej na mnie recepcie u anonimowego jeszcze psychologa naprawdę by pomogły... kto wie..
a żyć trzeba. i jakoś sobie radzić. ale "jakoś sobie radzić" to nie jest rozwiązanie
  • awatar Pearlita: To może wybierz się dla sprawdzenia na jedną wizytę :) Zobaczysz, czy to to, czego szukasz.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
ale nie chodzi o wiarę w Boga, Buddę czy coś jeszcze innego.
męczy mnie kwestia wiary w siebie. i wiary w słowa innych. co jest w sumie powiązane.
mając obniżone poczucie własnej wartości, nie ważne czy nie było ono budowane od początku przez naszych rodziców, czy zostało zniszczone już w czasie naszego życia, ale nie mając go, lub mając je bardzo małe, łatwiej nam jest uwierzyć w słowa, które mówią o nas źle. wierzymy gdy ktoś mówi o nas źle, wierzymy w to że tak jest. ciężko nam jednak poczuć, że słowa wypowiadane na nasz temat pozytywnie, komplementy, mogą być również prawdziwe. bo jeśli uwierzymy już w te złe, to nie dopuszczamy do siebie tych dobrych. nawet jeśli to one są prawdziwe. bo postrzegamy siebie w krzywym zwierciadle, jedynie jako negatywy.
są osoby, które i komplementy uznają za obraźliwe, wypowiadane sarkastycznie.
dlaczego bardziej pokładamy wiarę w słowa przynoszące ból?! a nie te wywołujące uśmiech.
czasem jeden dzień potrafi nam zniszczyć tylko jeden negatywny komentarz, nie ważne, że wcześniej usłyszymy kilka pozytywnych.
dlaczego tak jest?
paradoksalne pytanie... przecież wiem.. bo nie wierzymy w siebie... bo nie wierzę w siebie...
 

 
Jak mocno musimy odczuwać określoną emocję by powiedzieć „nienawidzę”? Jak bardzo musi to nas boleć? Bo nienawidzić można przecież na wiele sposobów. Nienawidzić można osoby, ale i nienawidzić można łzy. Nie swoje, drugiej osoby. I siebie. Siebie też można nienawidzić. Z powodu wielu czynników. Wyglądu, charakteru, zachowania jakie wywołujemy u innych, tych ważnych dla nas samych. Kręgi nienawiści poszczególnych osób mogą się zapętlać, łączyć. Jednak wypadałoby zacząć od zrozumienia jakie emocje ten ktoś w nas pobudza, że reagujemy aż tak bardzo. Bo „nienawidzę” to mocne słowo. Ma w sobie jakąś niszczycielską moc. Choć gdyby usunąć z niego jedną literę mogłoby wyjść „nie widzę”, które z kolei ma już swoje inne, osobne znaczenie. Nie widzieć, nie dostrzegać, a nienawidzić. Co je różni? Zasadniczo sporo. Nienawidzić, to widzieć coś wywołującego w nas gniew, coś poruszającego najgłębsze odmęty naszego serca, naszej duszy. Coś co sprawia że mamy ochotę wrzeszczeć, bić, poczuć ból. Albo wyrządzić krzywdę. Sobie, lub komuś, to zależy.
Nienawiść. Już wypowiadając to słowo mam dreszcze. Jednak nienawidzę siebie. Nienawidzę siebie, gdy czuję, że robię źle i kurczysz się w sobie, zamykasz.
Emocje można uwydatnić na wiele sposobów. Można je przelać na papier, na czysto, bez ogródek, lub zawoalowanie. Można je wyśpiewać, wytańczyć, wymęczyć, zagłuszyć. Nie, zagłuszyć się nie da, wtedy wracają z co najmniej zdwojoną siłą. Zagłuszać i ukrywać nie wolno. Wypadałoby rozmawiać. Ale to trudne. I każdy się boi, a ten który odważy się raz spróbować zostaje wyśmiany i traci chęć do dalszych prób. Mimo poczucia tej potrzeby by o tym mówić, nie walczy już, nie próbuje.
Grupowa terapia dla społeczeństwa. Na temat emocji. Ich wpływu i tego, że trzeba je wyrażać, że trzeba mówić, że trzeba ROZMAWIAĆ.
Dla matek i ojców, że dzieci trzeba przytulać, dla córek i synów, że rodzicom można zaufać. Dla zranionych i raniących. Dla tych co błądzą, co się zgubili. Dla wszystkich, dla całego świata. Okryjmy go ciepłym kocykiem, podajmy herbatę i zapas chusteczek i wygłośmy wykład o tym co poruszy, co wywoła miliony emocji. Co sprawi, że wiele się zmieni.
 

 
obiecałam sobie coś napisać... miałam potrzebę coś napisać.. i co? pustka. zero słów, potok łez.
oczy zachodzą łzami i nic nie widać. i jak pisać? z serca pisać. z myśli pisać. gdyby tylko dało się je jeszcze jakoś poukładać, uspokoić..
ale się nie da. i trzeba przed innymi udawać. ale właściwie dlaczego tak jest?
już bez względu na to czy mamy kogoś komu moglibyśmy się wygadać. dlaczego żyjemy w przeświadczeniu że przed ludźmi należy udawać? skoro myślimy, że nic ich nie obchodzi co czujemy, to dlaczego udajemy? pewnie, że ciężko jest mówić o tym co nas boli, ale czy to znaczy, że trzeba udawać, że jest inaczej? nie, należy mówić o tym co jest źle, nawet jeśli to sprawia ból..
i nic. znowu pustka. myśli latają... i słowa piosenki.. "przeklinam twoje oczy"..
 

 
jak często wypowiadamy mimochodem jakieś słowo nie myśląc o konsekwencjach? nie myśląc o tym jak odbiorą je inni. jesteśmy egoistami przy wyborze słów. maja one oddać tylko nasze myśli, uczucia, emocje.. a co z innymi? z tymi do których one docierają? dlaczego nie pomyślimy najpierw o nich, a dopiero później o sobie?
zamiast myśleć o tym w jaki sposób wyrazić to jak bardzo nam źle, pomyślmy może najpierw o tym czy ktoś musi to usłyszeć w ten właśnie konkretny sposób. bo niektórzy nie muszą słuchać, by wiedzieć że jest źle.
słowa mogą też ranić tym, że mają wiele znaczeń, różnych interpretacji. czasem miewamy tendencję do nadinterpretowania. albo patrzymy na dane słowo z innej perspektywy niż osoba, która je wypowiada. słowa są takie skomplikowane... jednak ich brak również bywa odczuwalny... i strach... przed przerwaniem tej ciszy. która boli. a co jeśli jest on obustronny?
rozmowy są skomplikowane.. chyba nie umiemy ze sobą prawidłowo rozmawiać, boimy się. uciekamy.
 

 
tego bałaganu, natłoku myśli w mojej głowie nie da się nijak nazwać, opisać. chciałoby sie rzec jedynie KURWA. wybiec, krzyczeć, płakać, rzucać, bić... a siedzi sie na dupie z niedowierzaniem. patrząc się pustym wzrokiem w jakąś nicość przed sobą i starając się nie rozpłakać. bo przecież się kurwa obiecało. obiecało sie, że się postara. "dla niej"... to wcale nie mała motywacja.
ale jak w takim razie sobie ulżyć?
kiedy nic nie wolno? a kiedy chciałoby się jedynie zniknąć. i jej szczęścia. tego też by się chciało...
 

 
Chciałam napisać coś sensownego. Ale co sensownego można napisać o pierwszej w nocy? Chyba tylko tyle, że bezsenność znowu zapukała do moich drzwi. Bezsenność? A może ktoś całkiem inny. Życie pokłóciło się z czasem i znów płatają mi figle. Ale może od początku. Moje życie od początku nie było sielanką. Jasne, miałam gdzie spać, co jeść. Ale brakowało mi miłości. Od samego początku. Może dlatego teraz najchętniej zatrzymywałabym czas znajdując się w ramionach tej jednej jedynej osoby na całym cholernym świecie. Tak, moja droga, znowu siedzisz w mojej głowie. Ale wiesz co, lubię gdy to robisz. Choć momentami to cholernie boli. Uwierasz tak, że aż łzy lecą i o oddech ciężko. Ale nie mam Ci nic za złe, wręcz przeciwnie- jestem wdzięczna. Odmieniasz mnie. Sprawiasz, że znów mam ochotę się uśmiechać. Że chcę ubrać na siebie coś w czym poczuję się atrakcyjna. Że czasem wyobrażam sobie siebie w jakiejś sytuacji i myślę, że mogłabym wyglądać seksownie i uśmiecham się domyślając się twojej miny na mój widok. Szok? Radość? Zaskoczenie? Przyspieszone bicie serca? A może wręcz przeciwnie, coś w innym kierunku? Przecież obie czujemy strasz przed tym co może się wydarzyć. Ale, hej, miało być optymistycznie! No właśnie, i tu jest problem. Nie ma Ciebie, jesteś daleko, a to nie jest jakiś cholerny film romantyczny. Nie mam ze sobą nic związanego z Tobą. Żadnej bluzy, w której mogłabym teraz siedzieć, żadnego łańcuszka czy innej pierdoły, którą mogłabym obracać w palcach uśmiechając się pod nosem. Nie mam też butelki czerwonego wina, które było by mi tak potrzebne. Ale mam za to miliony słów w mojej głowie, setki wspomnień. Tych dobrych i tych gorszych, tych cudownych o których mogłabym marzyć by trwały bez końca, jak i tych, które zadawały potworny ból. Na co dziś postawić? Co wybrać? Smutek czy radość? Zawsze pada na to pierwsze... Nawet jeśli już zaczyna się w miarę radośnie to później i tak się pieprzy. hm.. pieprzy... Nie, bez takich dziś. A może właśnie tego tak podświadomie pragnę? Poczuć ten kojący dotyk przynoszący ukojenie. Zatracić się w nim, przestać myśleć, odpłynąć. Zapomnieć na chwilę o całym świecie, o wyrzutach sumienia i dać się ponieść, prowadzić się ciału, posłuchać jego głosu. Czytałam, że północ powinna być ostateczna godziną na pójście spać, to prawda. Nie zasnęłaś półtorej godziny temu? Twój problem, teraz cierp. Na natłok myśli, przemyśleń.
Idę spać. Dobranoc.
 

 
bywa że zakochujemy się w nieodpowiednich osobach. albo w nieodpowiednim czasie. a co jeśli osoba jest odpowiednia, ale czas zły? albo my nie jesteśmy odpowiednią osobą na dany czas dla "naszej" drugiej połowy?
czy ktokolwiek ma w sobie tyle siły by trwać mimo wszystko przy tej osobie? to chyba swoisty rodzaj masochizmu. choć to paradoks jeśli mówimy o osobach, które nas uszczęśliwiają.
potrafimy rezygnować z własnego szczęścia na rzecz szczęścia tej drugiej osoby i to się chyba nazywa prawdziwa miłość. tylko czemu do cholery, pozwalamy sobie przy tym czasem tak bardzo cierpieć?
choć w sumie nie wiem czy w takiej sytuacji istnieje "mniejsze zło". czy zostaniemy przy tej osobie czy znikniemy z jej życia i tak i tak będziemy cierpieć.
ale to nie ważne. nie ważne.. ważne, żeby ona była szczęśliwa. to wystarczająco. to cholernie dużo.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
czy mogą być dwie połowy jabłka zbyt idealnie dopasowane do siebie, tak by połączone w jedną całość niszczyły siebie nawzajem?
czy można być tak podobnym do siebie, że połączenie to może nieść destrukcyjne atomy?
zadziwiające jest, jak szybko można się do kogoś przywiązać, obdarzyć go tyloma uczuciami.
tu nie chodzi o potrzebę uczuć drugiego człowieka, tylko o stawianie dobra tej drugiej osoby ponad swoim.
brnięcie w nieznane. które może przynieść tyle szczęścia, ale i bólu zarazem. które już przynosi ból.
i tylko osoba, która go sprawia jest zdolna do tego by go zabrać z powrotem, lub przynieść go jeszcze więcej.
a myśli takie ciężkie. tak wiele. i strach.
lepiej było już dawno zdechnąć..
 

 
jak to jest, że czasem zupełnie obca osoba zaprząta nasze myśli przez tak długi czas?.. że myśli o niej tak szybko i głęboko zakorzenią się w naszej głowie aż spać nie można.
a jeszcze to uczucie, jak to teraz, gdy ta osoba nagle odkryje nasze istnienie. gdy umieramy ze stresu i strachu.
to niepojęte.
 

 
zastanawiam się po co ja w ogóle pozwalam się, by w mojej głowie zrodził się myśli o "lepszym jutrze"... bo tracę nadzieję na to, by ono w końcu nadeszło.
przydałby się ktoś, coś.. obok, ale nie. i trzeba wciąż samemu i wciąż na nowo... nawet jeśli to już tylko z przyzwyczajenia, z rutyny..
a najmniejsza próba odnalezienia siebie w drugim człowieku kończy się szybciej niż się zaczyna...
 

 
Napisy na nakrętkach od napoi, głupie wiem, ale jednak dzisiaj tak cholernie dopasowane.. "Nie bój się miłości"; "Zaryzykuj"...
Tylko jak sie nie bać, że to wszystko się znów powtórzy, ta sama hostoria, ten sam schemat, tylko główna rola przypadnie innej osobie. Strach jest nieodłącznym elementem naszego życia, bez względu na to czy boimy sie ciemności, samotności, odrzucenia.. Zawsze będziemy się czegoś bali. Tylko z przezwyciężaniem strachu już większy kłopot. Bo trudniej jest przezwyciężyć strach, by znów zaufać drugiej osobie.
A miłość? Czy nie powinna być silniejsza od strachu? Przecież jest też strach o miłość, strach przed miłością lub jej utratą... Ja podobno boję się być szczęśliwa. Ale to nie tak.. Ja boję się odrzucenia, rozczarowania, zaufania pobraz kolejny niewłaściwej osobie. Boję się że na to szczęście nie zasługuję.
 

 
szkoda, że życia nie można choć na chwilę spauzować, zatrzymać choć na chwilę, by poukładać myśli, poradzić sobie z niektórymi emocjami, "wyrzucić" z głowy co nie potrzebne, zregenerować siły...
ale takiej opcji nie ma. trzeba żyć na okrągło, 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, bez większej chwili na odpoczynek. codziennie trzeba toczyć walkę, robić dobrą minę do złej gry, nakładać maskę wychodząc poza określone miejsce, w którym za zamkniętymi drzwiami możemy pozwolić sobie na bycie sobą, na płacz, na łzy, na krzyk.
tak życie jest trudne i przecież nikt nie obiecywał, że będzie inne. a może to nie wina życia? co z ludźmi? przecież oni też potrafią być okrutni, ranią. może to właśnie oni, a nie tylko życie za to odpowiadają. to ludzie wpędzają nas w kompleksy, sprawiają że czujemy się źle, bezużytecznie, nie potrzebnie, że zaczynamy nienawidzić samych siebie, tak jak niektórzy z nich nienawidzą nas.
pewnie, są też ludzie, którzy potrafią kochać, są czuli, wrażliwi..
wrażliwość.. kolejny problem. bo do zalet to już chyba nie należy.
i jak tu ogarnąć ten syf w głowie, jak najmniej boleśnie, by rano zdołać ukryć ślady łez?
 

 
chyba lepiej mi, gdy nie mam świadomości, kto czyta te moje nędzne myśli, słowa składane bez większego zastanowienia tak, aby oddały to co czuję, co chcę przekazać, te małe cząstki mnie, które odsłaniam, myśli, które uwalniam z głowy by było ich odrobinę mniej, niż gdy znam daną osobę. to trudne, tak bardzo się otworzyć.
ale tak jest chyba wygodniej. przesłać komuś link do bloga i powiedzieć 'oto ja, taka jestem' niż to opowiadać.. skala bólu związanego z rozczarowaniem jest współmierna, więc tak chyba bezpieczniej. i tylko ta niezręczność później..
podobna do tej jak na dzisiejszej lekcji, na której nauczycielka mówiła o tym jakich dobrych rzeczy możemy oczekiwać po stosunku seksualnym, a ty siedzisz w tej przedostatniej ławce i zastanawiasz się czy coś takiego w ogóle istnieje...
 

 
nie mam ochoty rozmawiać, ale chcę, żeby ktoś napisał. no, ale znów zaczynam w jakiś dziwny sposób. powinnam wyjaśnić chociaż czemu mnie tyle nie było. więc tak... po dodaniu ostatniego wpisu miałam puste dni, nie miałam ochoty, omijałam bloga szerokim łukiem, a w zeszłym tygodniu byłam w szpitalu



a teraz, jak już z niego wróciłam, to męczę się z tą nogą dalej. ni to się ubrać, ni to wygodnie usiąść. no ale niby już jest lepiej niż zaraz po, w sumie racja- nawet jeansy luźne dzisiaj na tyłek naciągnęłam.. tylko chodzenie z tymi kulami i wgl i wgl..
nie ważne.

naszły mnie dzisiaj jakieś dziwne myśli, żeby vloga zacząć kręcić.. ale jak, ale o czym? ale kto to będzie oglądał? nie ważne, minie mi. zresztą, ja taka brzydka przed kamerą? pfff.

jejku... już za 2 tyg szkoła.. a tyle miałam zrobić w te wakacje i dupa. jak nigdy.
  • awatar Nadzdolni: Skąd ja to znam... Tak samo nie mogę uwierzyc w to ze za niedługo szkoła. Zresztą każdy z nas ma trudne a czasem lepsze dni:)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Całe dwa miesiące bez wpisów.. A przecież tyle sie działo.. Tylko, że brakowało sił, do wszystkiego. I weny, tej brakowało najbardziej. W sumie pisałam wczoraj wpis, ale sie nie dodał, a nie pamiętam dokładnie co tam było, pamiętam, że był dość optymistyczny, nawet bardzo jak na mnie. Ale to może dlatego, że to była szalona noc. Żadne inne określenie tego chyba nie wyrazi. Tak, była, cudowna, szalona, niosąca nadzieję..
Podobno już po mnie widać, że "odzyskałam energię".
Ale mój pesymistyczny charakter, doszukuje się w tej całej sytuacji, jakiejś kpiny, jakiegoś żartu. Nie dociera do mnie, że prawda może być taka, jak wynika z wczorajszej rozmowy.
Co będzie i jaki to ma sens? Zobaczymy, ważne, że w końcu zdobyłam siły na napisanie czegoś
 

 
dlatego nie pytaj, dlaczego uśmiech mi z twarzy nie znika. ale kogo ja chcę oszukać, i tak nikt nie zapyta.
bo co odpowiedzieć, gdy komuś ze znajomych się o mnie przypomni i zapyta 'co tam?'
kiedy nie ma nic, sił, ochoty, planów. marzę o tym by zostać w łóżku, ale tu też bym nie wytrzymała.
ech.
kolejna noc podobna do wszystkich tych poprzednich.
i nawet pisać nie wiem co i jak..
 

 
znów sama. jak zwykle sama.. i znów tylko myśli mi towarzyszą. złowrogie. smutne wspomnienia przeszłości. nawet tej nie tak wcale odległej.
wiem, że nadal wchodzisz na mojego bloga. wiem, że to czytasz. i wiesz co? to straszne, bo tyle razy już miałam gotową wiadomość, wystarczyło by wysłać, ale zawsze rezygnowałam. nie chodzi nawet o to, że nie jestem do końca pewna czego chcę. wiem na pewno, że nie chcę żeby ktoś cierpiał, zwłaszcza przeze mnie. a wiem, że mniej boli, gdy ta osoba wcześniej zniknie z naszego życia, zamiast robić nam nadzieję.
siedzę tu i piszę to już pół godziny, bo nie potrafię nawet tych cholernych myśli zebrać. to takie bez sensu. tak bardzo chcieć kogoś kto będzie obok, jednocześnie bojąc sie dotyku drugiej osoby. tak rozpaczliwie pragnąć takiej osoby, jednocześnie bojąc się jej pojawienia się w moim życiu. nienawidzić samotności trwając w niej codziennie i nic z tym nie robiąc. oddalać się od jedynych osób jakie, kurwa, są w twoim życiu i jednocześnie nie chcieć ich stracić. chcieć coś zmienić, lecz nie przekładać błyśnięcia w światło, myśli w czyn...
płakać, nienawidząc każdej łzy.
 

 
Jeju jest 19.30 a jedyne o czym marzę to położyć się spać, mimo że nie zasne przez ładnych parę minut, jak nie lepiej..
Muszę zacząć coś dzisaj pisać, pisanie pomaga.. Może skończę opowiadanie, albo napiszę coś nowego. Nie wiem.
Niby nic, ale jednak tyle się dzieje. W domu dzisiaj szok, anomalje jakieś. Mama miła, z obiadem na mnie czekała, teraz, krzyczy i tu uwaga, nie na mnie ale na swojego kochanego synalka
Z ojcem strandard, więc nawet słów szkoda.
Trzeba się wziąć za coś, przemyśleć tyle rzeczy, tylko motywacja jakaś słaba. I strachu trochę. I nawet powiedzieć nie ma komu, tylko dusić w sobie trzeba.
Eww.. Jak na razie jedyne mocne postanowienie to dieta i ćwiczenia. Choć i z tym nie wiadomo co będzie, tak dziwnie się na mjie patrzą, gdy mało jem, ale jak mam jeść, gdy nie jestem głodna.
Spać, spać, spać. Wyspać. Przespać życie.
 

 
podobno jeśli nie jest dobrze to jeszcze nie koniec..
ciekawe co jest, gdy praktycznie ciągle jest źle, a dobre momenty można wyliczyć na palcach. jednej ręki.
jest dobrze na pięć minut, tylko po to by za chwilę było gorzej niż poprzednio..
a jak cudownie było by mieć kogoś kto cię przytuli, bo tego potrzebujesz. kto powie ci że cię kocha, bo to chyba jedyne słowa, których pragniesz najbardziej na świecie.
kogoś, kto po prostu będzie.
tak bardzo boję się samotności.. tak bardzo jej nie lubię.
a z drugiej strony boję się ufać, bo tyle już mam noży w plecach.
paradoks, prawda?
czasem i na łzy brakuje sił. i na to by podnieść się z łóżka, a życie wymaga jeszcze uśmiechu na ustach...
//
"Cierpiał. Naprawdę wierzył, że go nikt nie kocha, a taka świadomość niezależnie od tego, kim jesteś, boli."

\\

za dużo myśli, za dużo wspomnień, za dużo rozważań, za dużo wymyślania nigdy nie wypowiedzianych słów, za dużo wszystkiego, a przede wszystkim za dużo samotności.
ale kto by mnie taką chciał?
nikt. nie ma chętnych.raz był, On. dawno temu. jak w bajce. szkoda tylko, że teraz ma inną księżniczkę. ale za późno na rozpamiętywanie tego. wszystkim dobrze tak jak jest. wszystkim tylko nie mi, ale mniejszość się nie liczy...
'próbowaliśmy tyle razy, a teraz to przeszłość, chyba coś nam uciekło'
tak, i niech tak zostanie. przeszłość jest przeszłością, a Ty powinieneś być już zamkniętym rozdziałem w moim życiu. ta jak parę innych spraw i osób. a że tak nie jest to już tylko i wyłącznie mój problem. nikogo innego to nie obchodzi.
i to ja powinnam wziąć się za mordę i spróbować coś jeszcze zrobić, o coś zawalczyć. tylko, że na razie brak mi sił...
 

 
usłyszałam ostatnio, że jeśli czegoś nie mam nie oznacza, że na to nie zasługuję. ale to nie tak. bo jeśli czegoś nie masz już od samego początku to dorastasz ze świadomością, że na to nie zasługujesz.
więc jest dużo rzeczy, na które nie zasługuję. uczuć właściwie też.
i co z tego, że z drugiej strony tak bardzo ich łaknę?
nie zasługuję to nie mam. proste.
a to, że przy tym wbijają mi kolejne noże w plecy to już chyba tylko mój problem.
więc co w tym dziwnego, że i mi zdarzy się zareagować nie tak, jak wypada, bo paraliżuje mnie strach. bo mam złe przeżycia.
brak mi tylko tych magicznych tabletek z recepty, która już czeka na mnie u nieznajomego psychologa na biurku..


 

 
ewwww.. wypadałoby coś napisać.. tylko co, jak słów brak, by to wszystko nazwać?..
dużo się ostatnio dzieje w mojej głowie..
nie wiem, czy dziękować, że się dzięki Tobie, zaczęłam uśmiechać.
czy może przepraszać innych.
nie wiem. nie mam weny. musze pomyśleć. o wszystkim..
 

 
Wracając wczoraj do domu spotkałam dawnego znajomego... Historia skomplikowana. Chwilę z nim porozmawiałam, a po powrocie do domu dostaję sms: "nigdy nie byłaś nazbyt uśmiechnięta, ale teraz jest chyba jeszcze gorzej"...
Czy ja wiem?..
Są chwile, gdy się uśmiecham, tak szczerze. Ale nie jest ich wiele. Nie potrafię chodzić z uśmiechem przyklejonym do twarzy, nawet takim udawanym, który mi przecież tak ślicznie wychodzi.
Czasem po prostu brak mi sił.
 

 
nie mam na nic siły.
matka krzyczy, ja płaczę po kontach.. nie rozumiem tej kobiety... jak można tak krzywdzić dziecko, które przez 9 miesięcy nosiło się pod sercem? które ma być symbolem miłości dwojga ludzi?..
ale tak jest chyba w każdej rodzinie. niestety.
w każdej ktoś musi cierpieć, bo ktoś inny jest ważniejszy. całe społeczeństwo potrzebuje pomocy. każdy powinien być wysłany na terapię. za dużo ludzi wokół nas przez nas cierpi!
ktoś krzywdzi nas, a my później krzywdzimy innych i kółko sie zatacza.
poduszki zebrały już za dużo łez, ostre przedmioty za dużo razy zostały wykorzystane w innym celu, niż ten, dla których ktoś je wyprodukował.
to smutne..
ilu nastolatków ma kompleksy, depresję, nerwice, zaburzenia jedzenia.
8/10. dużo czy mało? jak dla mnie w chuj dużo. a są jeszcze te problemy niestwierdzone w gabinecie lekarskim.. i to przez bliskich.
bliscy, a jakże dalecy.
tak, mamo. ile ty o mnie właściwie wiesz?
urodziłaś mnie, cieszyłaś sie, że ktoś mnie uratował, a później już mnie nie chciałaś, już o mnie zapomniałaś, już mnie nie kochałaś...
masz teraz swojego kochanego synka. staram sie nie przeszkadzać. choć chyba nigdy się nie nauczę żyć z tym wszystkim. zdarza mi sie jeszcze płakać. bo to boli. bardo boli.
a ty tato?
zamieniłeś rodzinę na pracę i gry komputerowe.
kiedyś, widząc rany na przedramionach swojej córki, nie zapytałeś jej co sie dzieje, nie zainteresowałeś sie, nakrzyczałeś na nią, na chodniku. pamiętam te słowa do dziś.
kiedyś miałam jeszcze jakieś plany, marzenia.. a teraz?.. nie mam siły na nic..
depresja zdiagnozowana przez Internet. co z tego, że u specjalisty? zdesperowana szukałam rady w sieci, ale to i tak na nic.. w wiadomości zwrotnej oprócz diagnozy otrzymałam polecenie zgłoszenia się do gabinetu specjalisty. ale przecież wam nie powiem. dla was to temat tabu. z takich pomocy korzystają tylko ludzie nienormalni. no więc jestem nienormalna. spoko, gorsze rzeczy słyszałam. od znajomych, od ludzi na których mi zależało, od bardziej lub mniej bliskich...
sama sobie nie poradzę. a nie wiem ile mam jeszcze sił, by udawać.
w dzień, gdy ludzie patrzą roześmiana pewna siebie nastolatka, a w nocy zaryczane dziecko nie mogące spać.
jeśli chcesz kogoś poznać, rób to nocą. tylko wtedy ludzie zdejmują swoje maski. tylko wtedy emocje nie są udawane, a słowa są szczere...
 

 
Obiecałam, że coś dodam, a napisanie tego wpisu ciągle nie ubłagalnie odwlekałam..
Jak to dobrze mieć kogoś, kto czasem po prostu zadzwoni, gdy masz beznadziejny nastrój, który chyba na stałe gości w twoim życiu, i wyciągnie cię z domu choćby na głupi spacer..
Miło nie musieć udawać uśmiechu, tylko po tylu latach znów poczuć jak to jest normalnie się uśmiechnąć, śmiać się. Ale dobrych dni już chyba koniec.
Nadal uważam, że zbyt szybko przywiązuję się do ludzi, którzy pojawiają się w moim życiu. A to, że potrzebuję czyjejś obecności, bo od dziecka jej nie miałam tego nie usprawiedliwia. Ale to chyba taki świadomy lub mniej świadomy rodzaj masochizmu..
"Jeśli pokocha mnie wiele osób, wszystkie nie będą mogły odejść w tym samym czasie"
To dość smutne, ale naiwnie w to wierzę. Wierzę. Wiara. Mało jej już we mnie zostało.
Bo nawet to zawodzi. I z czasem w brew pozorom nie jest coraz łatwiej, a wręcz przeciwnie.
Nie wiem ile jest jeszcze we mnie siły, wiary. Coś się musi zmienić.
Ech.. Przecież się zmienia. Ktoś przychodzi, a częściej odchodzi zostawiając mnie z tym wszystkim. Ale takie czasy, normalnym ludziom ciężko zaufać, a co dopiero ja mam powiedzieć?..
A jednak nadal jestem naiwna. Infantylna gówniara, choć tak na prawdę już tak cholernie dorosła, w tak młodym wieku okrutnie potraktowana przez życie.. A jednak wciąż ma w sobie okruszki nadziei. Czasem otworzy się przed kimś znajomym, lub obcym, który nawet po kilku dniach zaczynają znaczyć dla mnie więcej niż nic.
Tak nie można. Za łatwo, za szybko. A później ci smutno i nie wiesz co sie dzieje, gdy ktoś kto pisze do ciebie codziennie nagle przestaje, głupia dziewczynko!
Zrozum coś w końcu inaczej źle będzie z tobą.. Gorzej niż jest teraz.



 

 
Stracić wieloletniego. No właśnie, kogo? Przyjaciela? Nie. Przyjaciele nie zostawiają Cię samego, bo taki mają kaprys, a jeśli już tak robią to nigdy nie byli prawdziwymi przyjaciółmi.
Kolegę? Nie. Był dla mnie kimś ważniejszym. Jak widać ja dla niego nie, ale to inna kwestia.
No więc kogo?.. Kogoś bliskiego. Więc stracić kogoś bliskiego ci przez wiele lat wcale nie jest przyjemnie. Zwłaszcza, gdy nie jest to pierwsza taka sytuacja. Ale tak widocznie musiało być. Kolejna przeszkoda od losu w moim marnym życiu. Ale nawet rozpaczać nie mam kiedy, choć czasu wolnego mam dużo. Czasem wydaje mi się, że aż za dużo bo nachodzą mnie jakieś dziwne myśli. A przecież jakby nie patrzeć przez tę sytuację jednak zyskałam.
Przyjaciółkę, na którą mogę liczyć. Poznałam cudownego chłopaka.
No bajka. Ale ja, jak to ja. Nie może być za długo dobrze, bo sie czuje jakby mi życiorysy pomylili.. Napisałam mu coś nie tak, a on co? Nadal jest przy mnie.. Szok.
Czyżby los postanowił się w końcu choć trochę odmienić?
Choć przeszłości nie da się wymazać, a blizn na ciele i duszy po prostu wygumkować.
Tak bardzo bym chciała..
  • awatar 3 metros sobre el cielo: też kiedyś kiedyś miałam takiego kolegę ale teraz poszliśmy do innej szkoły zobaczył inne dziewczyny , zaczął się zachowywać tak jak oni żeby go nie odrzucili itp. i teraz gra takiego maczo :P a ja mam go daleko w dupie i tb też radzę hah :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
i kolejny raz zasypiała utulona łzami..
 

 
drugiego takiego naiwnego jak ja to chyba nigdzie nie ma...
ile razy jeszcze zawiodę się na kimś na kim będzie mi zależało?
ile razy jeszcze ktoś musi mnie skrzywdzić, żebym sobie odpuściła? żebym nie ufała tak szybko, tak łatwo.
robię tak, bo potrzebuję kogoś kto będzie przy mnie, zajmie się mną, przytuli, pocieszy, ochroni, ale i potrząśnie mną, gdy zacznę wariować.
ale tyle już przeszłam, tylu ludzi ode mnie odeszło, a ja co? wybaczałam, ufałam na nowo, poznawałam nowych ludzi, zdobywali moje zaufanie, a potem wbijali nóż w plecy.
dlatego, O., sie boję.
usłyszałam, że jestem uczuciowym człowiekiem, potrafię wybaczać.
i to od osoby, z którą też się wszystko popierdoliło.
czy ten ktoś, tam w niebie, pozostawiając mnie tyle razy przy życiu miał jakiś plan? dlaczego pozwolił bym tyle cierpiała? tyle osób mnie raniło, odchodziło? i to w najmniej oczekiwanych momentach, wtedy gdy najbardziej ich potrzebowałam.
słuchałam już różnych rzeczy na swój temat. że jestem dziwką, szmatą, że nadeje się jedynie do burdelu i to od osób, które wcześniej mówiły do mnie 'kocham cię, zależy mi na tobie'.. gówno prawda! ja nie zasługuję na miłość.
ale kurwa mam uczucia! tych blizn po kresach rysowanych żyletką nie mam dlatego, że taka była moda, albo dlatego, że takie miałam widzi mi się.
każda kreska to przegrana ze sobą walka, każda przypomina o bólu, każda o innej sytuacji, o ludziach, którzy byli, po czym zawijali interes obrzucając mnie błotem.
ja sie pytam ile jeszcze? ile jeszcze mam znieść. by dostać w końcu choć okruszek szczęścia? by rankiem nie musieć ukrywać śladów po wieczornych łzach pod maską uśmiechu. by móc wieczorem normalnie zasnąć. by pozbyć się tych cholernych problemów ze zdrowiem? no ile..
a może chcę zbyt wiele? może tak jest, że nie zasługuję na to wszystko?






 

 
nie mam siły. do niczego. nie chce mi się włączać nawet komputera czasami.. tylko na bloga wchodze i tyle. aż dziwne, że to pisze..
koleżanka czytała mój blog i przeżyła szok.. chyba nadaję sie na aktorke. cała moja rodzina..
gdyby nie wiedziała, że to co czyta przeżyłam ja, powiedziała by tylko, że strasznie współczuje tej dziewczynie.
ale niestety- zna mnie. i nawet nie wiedziała, że to wszystko pozory.
przecież ty sie tak często uśmiechasz, myślałam, że masz świetne relacje z rodzicami.. nie. jest zupełnie inaczej. ten blog to część mnie, nie potrafiłabym z niego zrezygnować. otworzyłam sie tu trochę. może to dlatego, że mam go już trochę czasu i nie wiem nawet czy ktoś czyta te moje 'życiowe' wpisy. bo kogo to tak na prawdę obchodzi? ludzie mają swoje życia, swoje problemy. przeczytać może i przeczytają, powiedzą po tym 'przykro mi, współczuję jej' i tyle. a nikt nie zapyta 'jak sie czujesz?'
sama. sama. sama.
mam tylko O. ale nie chcę jej zadręczać, zarzucać sobą. nie chcę żeby czuła sie tym wszystkim przytłoczona. kocham ją jak siostrę, martwię się i zawsze jej pomogę. ale właśnie dlatego, że tak mi zależy nie chcę się narzucać, użalać sie w kółko nad sobą, bo boję się, że ją to przytłoczy, przygniecie i ucieknie.. zostawi mnie. a tego bym nie przeżyła.
----------------------------------
psychicznie jest słabo. fizycznie też. źle znosze stres. lekarz kazał go unikać. ale tak sie nie da. najgorsze jest tylko to, że ból potrafi złapać nawet tydzień po tym jak sie zdenerwuję. dzisiaj boli... bardzo boli.
----------------------------------
ale miałam piękny sen.. śniło mi sie, że znaleźli u mnie jakąś śmiertelną chorobę. i sobie powolutku umierałam.. zdążyłam jeszcze tylko zobaczyć sie z moją O. mieszkałam z nią chyba nawet przez jakiś czas...

 

 
A co miałam mówić? Że nie mam już łez, żeby płakać?..